Koło Łowieckie „Kuropatwa” w Żołyni

z siedzibą w Rakszawie nr 486,

37-111 Rakszawa

 

tel. +48 501312799

 

NIP – 815-14-06-796

Regon – 690460980

 

Numer konta bankowego - 41 9175 0000 2001 0001 5453 0001

 

 

 

 

Grafik dokarmiania zwierzyny w sezonie 2017/2018

 

 

MÓJ PIERWSZY DZIK

 

Któregoś poświątecznego wieczoru jak zwykle włączyłem komputer, by zajrzeć na naszą internetową stronę, stale powtarzając przy tym, że idę w odwiedziny do Drogiego Przyjaciela, Roberta. Czynię tak zawsze z nadzieją, że jakieś kolejne materiały uradują moje oczy. Niestety, nic akurat nowego nie było, lecz mój wzrok już po raz któryś z rzędu zatrzymał się przy zakładce „Wspomnienia”. Pomyślałem, że przecież przez 50 lat, zaszczepiony wielką pasją łowiectwa, przeżyłem wiele różnych zdarzeń, które wryły się głęboko w moją pamięć. Zamknąłem na moment oczy, aby mogły chwilę odpocząć od blasku ekranu. Gdy je otwarłem, moją uwagę przykuły niektóre z wiszących na ścianie trofeów myśliwskich - parostków rogaczy i oręży dzików, pozyskanych przez te wszystkie lata... Najbliższym mi jest oręż pierwszego dzika. Na tabliczce wypaliłem datę: „ A.D. 2 II 1980 „. Tak, tak.. czekałem wówczas na niego prawie 5 lat. W jednej chwili przed oczyma zaczęły przebiegać niczym kadry filmu zdarzenia tego dnia. Początkowo nie różnił się on od innych, które miałem przyjemność przeżyć wspólnie z kolegami w kończącym się sezonie polowań zbiorowych na dziki.

W tamtych latach przepowiednie synoptyków sprawdzały się prawie w 100%. Nie inaczej było i tym razem. Nadeszła sobota, a więc skoro świt ubrałem się i wyjrzałem na pole. Na podwórzu leżała kilkunastocentymetrowa warstwa śnieżnego puchu, która przy kilkustopniowym mrozie tworzyła idealną ponowę. Sytuacja do polowania była więc wymarzona tym bardziej, że do wykonania planu pozyskania dzików pozostały jeszcze dwie sztuki, a zgodnie z zapisem w kalendarzu polowań świeżo spadły śnieg pozwalał na jego zorganizowanie. Na miejscu zbiórki, u kolegi Władka Młynka, czekało już kilku myśliwych oraz dwóch strażników, którzy mieli pełnić rolę naganki. Po krótkiej naradzie postanowiono zgodnie z tradycją otropić najpierw oddział koło Św. Antoniego. Poszedłem więc jako pierwszy i po obejściu całego miotu stwierdziłem jeden wyjściowy trop dzika do sąsiedniego oddziału. Ze względu na sypki śnieg nie mogłem określić jego wielkości. Po przemieszczeniu się na obrzeża tego miotu tropienia podjął się Heniu Mazurek. Po kilkunastu minutach powrócił z wiadomością, że dzik zaległ w tym miocie. Decyzja była krótka: myśliwi rozstawiają się po stronie północnej miotu, a Bronek Czech z Szymkiem Stopyrą zajdą od południa i spróbują go ruszyć. Niestety, dzik nie wyszedł na linię myśliwych, lecz jak relacjonowali koledzy, między nimi cofnął się do tyłu miotu. Na moje pytanie, jaki jest duży, Broniu stwierdził, że „taki nieduży… może z pół metra”. Zapada więc decyzja o powtórnym pędzeniu z tą zmianą, że na zatropie, tzn. z tyłu pędzonego miotu stanie jeden z nas. Zgłosiłem się więc na ochotnika i wspólnie z Bronkiem i Szymkiem udaliśmy się ponownie na drugi koniec oddziału. Koledzy rozeszli się i po chwili usłyszałem ich pokrzykiwanie zwiastujące początek pędzenia. Ulokowałem się obok kilkunastoletniego dębu, a rosnące przede mną dwie nieduże jodełki stanowiły znakomitą zasłonę przed dzikiem. Stanowisko oddalone było o kilkanaście metrów od młodnika, w którym mógł ewentualnie pokazać się ponownie. Pomimo kilkustopniowego mrozu zaczęło mi się robić coraz bardziej gorąco. Zdjąłem więc ciężką, wojskową kurtkę i pozostałem w samym swetrze, ale i to na niewiele się zdało. Krew zaczęła napływać mi do głowy, a serce biło jak młotem. Chwilami zdawało się, że usłyszy je dzik. Biłem się też z myślami, jak mam się zachować, jeśli w tej chwili się pojawi, w które miejsce mam mierzyć, a najważniejsze: jak rozpoznam, czy to przypadkiem nie jest locha, jako że sezon polowań na nie zakończył się 30 stycznia. Z tego natłoku myśli wyrwało mnie poruszenie w młodniku, połączone z cichym chrzęstem śniegu. W miejscu, gdzie młodnik był trochę rzadszy, w odległości nie większej niż 20 metrów ode mnie pojawił się spory wycinek, który zdradził swoją tożsamość charakterystycznym kłapaniem, przypominającym uderzaniem patyka o patyk - pocieraniem szabel o fajki. Dzik zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać, odwracając łeb w kierunku, w którym odeszli Bronek z Szymkiem. Odwiatr miałem sprzyjający, zasłona kryła mnie znakomicie. Powoli podniosłem broń do ramienia, przesunąłem muszkę z łba w stronę nasady karku i nacisnąłem spust… Huk wystrzału potoczył się echem po lesie. Z napływu emocji poczułem, że nogi uginają się pode mną, nagle zrobiło mi się zimno, chociaż na czole pojawiły się kropelki potu. Spojrzałem w kierunku młodnika, a w nim okazały odyniec pisał biegami ostatnie strofy testamentu: Mój pierwszy dzik. Podszedłem do niego, odłamałem małą gałązkę z najbliższego drzewka i włożyłem mu do pyska jako ostatni kęs. Uklęknąłem przy nim, opierając broń na jego karku, a przez ściśnięte gardło z trudem wyszeptałem: „Dziękuję Ci Święty Hubercie”. Stałem teraz nad ważącym prawie 100 kg dzikiem jak zahipnotyzowany, nie za bardzo jeszcze wiedząc, co się stało... Do rzeczywistości przywrócili mnie koledzy, którzy w międzyczasie dotarli z drugiej strony miotu i zaczęli gratulować pięknego strzału i pierwszego dzika. Pamiętam do dziś naznaczenie jego farbą oraz wpięty do czapki pierwszy - a jak się w późniejszych latach okazało - nie ostatni jodłowy złom. Teraz gdy podczas polowań przejeżdżamy obok tamtego miejsca, wracam myślami do tego szczególnego dnia. I chociaż nie ma już tam dębu, pod którym wówczas stałem, a kilkumetrowe jodełki wyrosły na okazałe jodły, to zostanie ono na zawsze w mej pamięci.

 

Edward Leja

 

/28.01.2016/

 

 

 

 

 

"Myśliwy powinien być jak ksiądz"

 

Od 60 lat należy do Koła Łowieckiego "Kuropatwa" w Żołyni. Doskonale zna Polski Język Łowiecki, ale i mowę…kaczek. Jest nie tylko urodzonym myśliwym, ale przede wszystkim znakomitym przyrodnikiem. Rozmowa z Henrykiem Drążkiem.

 

Henryk Drążek jest honorowym członkiem Koła Łowieckiego "Kuropatwa" w Żołyni, a także zasiada w Komisji Tradycji Myśliwskich w Rzeszowie. Poświęca się również współpracy z młodzieżą szkolną, przekazując jej niezwykłe ciekawostki ze świata zwierząt i roślin oraz przybliżając zwyczaje myśliwych i etykę łowiecką.

 

 

 

 

 

Karolina Całka: Jak to się stało, że został Pan myśliwym? Kiedy wstąpił Pan do Koła Łowieckiego i czy od początku związany jest Pan z "Kuropatwą"?

 

Henryk Drążek: Miałem sąsiada mieszkającego o 2 pola dalej, który był myśliwym i to mnie zachęciło. Od początku należę do Koła Łowieckiego "Kuropatwa" w Żołyni. Powstało ono zaraz po okresie wojennym w 1946 r. Niedługo będzie obchodzić siedemdziesięciolecie istnienia. Jestem trochę młodszy stażem, bo koło funkcjonowało już od 8 lat, gdy zostałem przyjęty - nie miałem wtedy nawet 20 lat. Teraz dużo się zmieniło, bo trzeba mieć 21 lat.

 

K.C.: Ma Pan wiele doświadczenia i wieloletni staż. Jakimi cechami według Pana powinien odznaczać się myśliwy, aby można go było określić mianem dobrego?

 

H.D.: Myśliwy powinien być jak ksiądz - musi mieć powołanie. Powinien być urodzonym przyrodnikiem, uwielbiać naturę i zwierzynę! Dużo jest teraz osób, które uważają się za myśliwych. Oni tylko mówią: "dajcie mi broń" i już by chcieli iść, strzelać do wszystkiego, co się rusza. Dobry myśliwy nie musi koniecznie strzelać, ale przede wszystkim i po pierwsze musi karmić zwierzynę, a także znać jej biologię i zachowania. Nieodpowiedzialny myśliwy nie będzie wiedział, że dzika kaczka sama wysiaduje swoje młode - kaczor tylko "pokocha" i zostawia potem "samotną matkę", kuropatwy zaś zachowują się inaczej - jakby w ogóle nie były dzikie, wychowują młode pokolenie wspólnie, kurka razem z kogutkiem. Podstawą nie jest strzelanie. Zawsze mówili nam na kursach i szkoleniach, że "myśliwy najpierw hoduje, a potem dopiero bierze się za polowanie".

Jedną z naszych podstawowych zasad etycznych jest kultywowanie tradycji myśliwskich. Każdy myśliwy zanim dostąpi zaszczytów w łowiectwie, musi najpierw się z nimi zapoznać. Jedną z najstarszych tradycji jest stosowanie sygnałów myśliwskich, które pozwalają bardziej wczuć się w atmosferę łowów. Każde zbiorowe polowanie ma też uroczyste zakończenie, zwane pokotem, czyli ułożeniem na jodłowych bądź świerkowych gałęziach zwierzyny przed myśliwymi.

 

K.C.: Wszyscy potrafimy wyobrazić sobie, choćby w przybliżeniu, na jakie zwierzęta poluje się teraz, ale na jakie polowano wcześniej?

 

H.D.: Dawniej podstawą do polowania były zające, lisy i kaczki. Teraz zając prawie wyginął, od kilkunastu lat już się na niego nie poluje. Gdy ja zaczynałem polować, dzików na tych terenach nie było prawie w ogóle, mogłem tylko na obrazku w książce je pooglądać, a teraz zwierzyną, na którą się głównie poluje, jest właśnie dzik. Są też jelenie czy daniele, których wcześniej nie było, bo zostały dopiero sprowadzone w procesie introdukcji. W ubiegłym roku zestrzelono w naszym Kole 107 dzików! To nawet zajączków w dobre lata się tyle nie udało ustrzelić.

 

K.C.: Czy żeby zostać myśliwym potrzebne jest ukończenie szkoły, zdanie egzaminu?

 

H.D.: Nie, takiej szkoły nie ma. Wystarczy ukończyć kurs. Gdy wstępowałem do Koła, szkoleń jeszcze nie było. Sam się przygotowałem do egzaminu. Czytałem "Łowcę polskiego", czyli miesięcznik dla myśliwych, starałem się dobierać odpowiednie książki i potem nie miałem z pytaniami większego problemu. Teraz trzeba także odbyć roczny staż, następnie zdaje się przed komisją przy Okręgowej Radzie Łowieckiej egzamin z podstaw biologii i znajomości życia zwierząt, na które się poluje. Sprawdzana jest też znajomość Polskiego Języka Łowieckiego. Jeleń ma "wieniec" na głowie, rogacz znowu ma "poroże", a nie po prostu rogi. Sarna ma "cewki", dzik ma "biegi". Zając nie ma nóg, tylko "skoki", a lis ma za to "stąpki". Dlaczego? Bo on bardzo cicho chodzi, leciutko stąpa.

 

K.C.: Jak wygląda zarządzanie Kołem?

 

H.D.: Raz na 4-5 lat jest walne zebranie, które wybiera zarząd, typuje prezesa, łowczego, sekretarza i skarbnika. Dodatkowo powołują komisję rewizyjną złożoną z 3 osób, która kontroluje zarówno działalność myśliwych, jak i organizację Koła i jego finanse.

 

K.C.: Patronem myśliwych jest święty Hubert. Pamiętam, że kiedyś podczas wycieczki szkolnej odwiedziliśmy kaplicę pod jego wezwaniem w Żołyni. Czy jest Pan z nią w jakiś sposób związany?

 

H.D.: Pomagałem w jej budowie. Znajduje się ona przy drodze na Korniaktów, w lesie. Postanowiliśmy, że uczcimy nią 50-lecie istnienia naszego koła łowieckiego. Prezesem był w tamtym czasie Tadeusz Porębny, który z zawodu był budowniczym. Może dlatego kaplica jest taka okazała. W czasie deszczu naliczyłem kiedyś około 32 myśliwych, którzy się zmieścili pod dachem! W tym samym roku kupiliśmy też nasz sztandar. Na uroczystość poświęcenia kaplicy przybyło wielu gości, którzy chwalili ją, jako unikatowy budynek na Podkarpaciu, a nawet w Polsce. No bo i taka prawda! To nie jest malutka kapliczka!

 

K.C.: Czasami można usłyszeć o różnych wypadkach podczas polowania. Czy i Panu zdarzyła się jakaś historia mrożąca krew w żyłach?

 

H.D.: Raz bardzo mało brakowało, aby mnie rogacz zrogował, bo myślał, że jestem jego rywalem w walce o płeć piękną. Nie mogę też zapomnieć, że miałem okazję przeżyć szarżę dzika. Źle go postrzeliłem, zaatakował mnie i gdybym wtedy nie dał rady podciągnąć się na sosence, to nie rozmawialibyśmy teraz... Kiedyś przechodziły koło mnie warchlaki i na próbę strzeliłem. Udało się. Dzik leży, ciągnę go więc do domu, ale coś mi ciężko... Odwracam się, a dzik stoi sobie i na mnie patrzy. Leżał, a stoi! Okazało się, że został tylko ogłuszony.

 

K.C.: Wiem, że z chęcią odwiedza Pan szkoły i zwraca uwagę młodych na przyrodę. Ma pan może jakąś opowieść, która szczególnie do nich przemawia?

 

H.D.: Często opowiadam o tym, jak na wiosnę przypada okres godowy kaczek. Wtedy to kaczor, pływając wokół kaczki, wydaje zachrypniętym głosem dźwięki, jakby pytał wybrankę: "Kochasz mnie? Lubisz mnie?". Kaczka nie daje się przekonać, a jej głośne skrzeczenie brzmi jak "NIE! NIE NIE!". Mija kilka dni, kaczka nadal trwa przy swoim postanowieniu, ale kaczor nie daje za wygraną. W końcu przychodzi taki dzień, kiedy kaczor w odpowiedzi otrzymuje inny dźwięk, coś jakby "TAK! TAK! TAK!" [niestety nie można w tekście pisanym oddać zaangażowania, które Pan Henryk wkłada w użyczenie głosu kaczkom - przyp. K. C.]. Zawsze gdy opowiadam to w szkole dzieciom, wychodząc już słyszę, jak chłopcy krążąc wokół dziewczynek zachowują się, jak taki właśnie kaczor.

 

K.C.: Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę, aby nadal z takim zaangażowaniem zachęcał Pan młodych do troski o naturę.

 

Karolina Całka

 

Powyższy tekst ukazał się w dniu 04.03.2015

i został zapożyczony ze strony WWW.lancut.gada.pl

 

 

 

 

 

 

Tragiczny dzień - śmierć pierwszego Prezesa naszego Koła kol. Jana Lei.

 

 

 

 

 

 

 

 

kol. Henryk Drążek

 

 

Wspomnienie Henryka Drążka

 

Wydarzenia niedzieli 29 stycznia 1956 r., które były udziałem nie tylko moim, ale i kilku nieżyjących już kolegów, w zasadniczy sposób wpłynęły na moją psychikę. Do dziś pamiętam każdy najdrobniejszy ich szczegół. Decydując się na opisanie swoich przeżyć, pragnę pozostawić dla następnych pokoleń kolegów myśliwych cząstkę własnej życiowej historii, związanej nierozerwalnie z umiłowaną przyrodą i łowiectwem. Niech ten krótki epizod heroicznego poświęcenia i walki o czystość naszych łowisk zapisze się w kronice Koła złotymi zgłoskami.

Jak zawsze w niedzielę wstałem o godz. 5.00, ubrałem się i wyjrzałem na dwór. Było cicho, lekko odczuwalny powiew mroźnego powietrza zawirował na mojej twarzy. Wróciłem do domu, włożyłem kurtkę, wziąłem czapkę i rękawice, wyprowadziłem z szopy rower i tradycyjnie udałem się do kościoła na poranną Mszę Świętą. Gdy dojeżdżałem do miasta, podmuchy wiatru stały się coraz silniejsze, a do tego zaczął prószyć śnieg. Przy kościele spotkałem kolegów myśliwych: Józka Łanię, Antka Sierżęgę i Dziadzia Sierżegę. Przed wejściem do środka któryś rzucił krótko, że ten wiatr nie wróży nic dobrego… Byliśmy jednak dobrej myśli, że nim Msza się skończy, wiatr ucichnie i przestanie sypać. Z tym przeświadczeniem podeszliśmy w pobliże ołtarza. Dochodziła 6.00. Z chwilowej zadumy wyrwał mnie kościelny dzwonek, to ks. Skoczylas wychodził odprawiać przy ołtarzu Matki Bożej w bocznej nawie swą codzienną Mszę Świętą. Utarło się o niej powiedzenie, że zimą odprawiana jest dla myśliwych, a latem dla pastuchów. W półmroku zauważyłem jeszcze kilka osób. Ksiądz spojrzał w naszym kierunku, skinął porozumiewawczo głową i udał się do ołtarza. Wiedzieliśmy, że tym skinieniem dał wyraz zadowoleniu z naszej obecności. Często bowiem powtarzał jakże znamienne słowa: " Oddajcie, co Boskiego Bogu, a co cesarskiego cesarzowi", co w tłumaczeniu na naszą sytuację oznaczało: najpierw Msza, a potem polowanie.

Po Mszy zbliżył się na moment do nas i cicho stwierdził, że dochodzące spoza murów odgłosy wichury nie wróżą nic ciekawego. Jego domysły się potwierdziły. Wiatr może trochę osłabł, ale rowery przykryte były kilkucentymetrową warstwą świeżego śniegu. Zatrzymaliśmy się przy nich na chwilę. Wszyscy byliśmy zgodni, że tę niedzielę mamy z głowy, ponieważ ślady zostały dokładnie zasypane, nie ma więc sensu wybierać się do lasu. W drodze powrotnej wspólnie z Antonim i Dziadziem prowadziliśmy rozmowę, oczywiście o łowiectwie, zastanawiając się przy tym, co można będzie robić cały dzień w domu. W międzyczasie wiatr ustał, przestało sypać, a na nieboskłonie pojawiła się pomarańczowa tarcza wschodzącego słońca. W domu rodzice już nie spali. Mama krzątała się przy kuchni, przygotowując śniadanie, a tato wrócił z obrządku inwentarza i kręcił tytoń w bibułce. Na pytanie mamy, co zamierzam dziś robić, nie znalazłem odpowiedzi. Po śniadaniu pokręciłem się po domu, przeczytałem kilka nagłówków w „Gromadzie Rolnik Polski" . Dochodziła 8.00. Po głowie krążyły mi różne myśli, jakaś wewnętrzna siła pchała mnie w objęcia lasu… Nie mogłem się jej oprzeć. W ciągu kilku minut byłem już przebrany i ze strzelbą na ramieniu szedłem w kierunku kapliczki Michałka (Św. Michała Archanioła) z przekonaniem, że będę w lesie najwyżej godzinę. Wszedłem do lasu i od razu moją uwagę przykuła wręcz grobowa cisza. Nie słychać było żadnych ptaków, nawet dzięcioł, który zawsze z wielką starannością i siłą wypełniał swoje „doktorskie" powinności, gdzieś się zapodział. Nie poruszyła się nawet najmniejsza gałązka, a niedawno spadły śnieg, pomimo kilkustopniowego mrozu, całkowicie tłumił moje kroki. W tej sytuacji poczułem się jakoś nieswojo... Wyglądało tak, jak gdyby przyroda przeczuwała, że coś niedobrego wisi w powietrzu. Zmieniłem więc wcześniejszy plan i nie dochodząc do kapliczki, najbliższym duktem doszedłem do drogi, oddzielającej las państwowy od chłopskiego i nią skierowałem się w kierunku Zmysłówki i Kopania. Jak nigdy, coś bez przerwy powtarzało mi: „Wracaj". Postanowiłem dojść jedynie do Grabnika i wrócić swoją drogą do domu. Mogło być gdzieś około 9.00, gdy minąłem drogę „Lewanową". W tejże chwili usłyszałem przytłumiony śpiew, a za moment zza zakrętu ukazało się dwóch osobników. Na mój widok ucichli. Zachowanie ich i chód świadczyły, że byli po kilku kieliszkach lub co najmniej po jednej butelce wina. Szli jeden za drugim koleiną od strony lasu państwowego. Prawdopodobnie to mnie uratowało, ponieważ od drogi las państwowy oddzielony był głębokim rowem, zaś chłopski przylegał bezpośrednio do niej, a ponadto był to starodrzew z młodym podszytem sosnowym. Będąc kilkanaście kroków od nich, przeszedłem do koleiny od lasu chłopskiego. Miałem wewnętrzne przeczucie, że coś się zaraz stanie, że mogą mnie zaatakować, dlatego kątem oka obserwowałem ich zachowanie. Kiedy się zrównaliśmy, idący przodem rzucił się w moim kierunku, ale błyskawicznie odskoczyłem w las. Dzięki skórzanej kurtce, którą miałem na sobie, poczułem jedynie jak po moich plecach ześlizgują się palce jego ręki. Zacząłem biec na oślep, byle dalej. Będąc jakieś 10 kroków od drogi, usłyszałem, jak ten krzyknął do kompana: „Cyk go". W biegu odwróciłem głowę i ujrzałem, że rozpiął on kurtkę, pod którą na rzemieniu przewieszonym na szyi wisiała broń z uchwytem pistoletowym. Czułem, że za moment strzeli i tak się stało. Nastąpił strzał i okrzyk: „Stój". Po przebiegnięciu kilkunastu kroków usłyszałem kolejny, ale dzięki Bogu i ten był niecelny. Kilkadziesiąt metrów dalej zwolniłem, a widząc, że mnie nie ścigają, skierowałem się drogą „Lewanową" do domu. Dopiero teraz zauważyłem, że uciekając lasem, zgubiłem gdzieś czapkę i szalik. Równocześnie uświadomiłem sobie, że znalazłem się w sytuacji, jakbym się po raz drugi narodził. Tak niewiele brakowało, a mógłbym teraz leżeć martwy gdzieś pod jakąś sosenką… Dziękując Opatrzności Bożej, przez pola i chłopskie borki doszedłem do swoich wcześniejszych śladów. Wracałem nimi, a gdy znalazłem się na drodze Żołynia - Białobrzegi, spotkałem moich kolegów myśliwych: Prezesa Jasia Leję, Józia Łanię, Antka Sierżęgę i Dziadzia Sierżęgę, którzy podobnie jak ja, nie mogąc usiedzieć w domu, wybrali się wspólnie do lasu. Powiedziałem im, że nie ma sensu tam iść, gdyż po burzy śnieżnej nie widać żadnych śladów zwierzyny. Starałem się nie okazywać zdenerwowania, jednak Józio Łania zwrócił uwagę na fakt, że byłem bez czapki, a do tego blady (o czym oczywiście nie wiedziałem), a i głos podobno miałem zmieniony. Zapytał więc: „Coś ci się przytrafiło w lesie?" Początkowo udzielałem wymijających odpowiedzi, ale przyciśnięty przez niego z całej siły do stojącej obok sosny powiedziałem, że jacyś bandyci strzelali do mnie. Prezes Leja zapytał, skąd i dokąd szli. Odpowiedziałem, że od Grabnika do Białobrzegów. Decyzja była natychmiastowa. Według niego musieli to być kłusownicy i nie zdążyli jeszcze dojść do wsi. Pobiegliśmy więc ścieżką „Kościelną" do drogi „Biłgorajskiej" i w stronę Białobrzegów. Na niej zauważyliśmy ślady pozostawione przez dwie osoby. Obaj z prezesem dotarliśmy pierwsi do pól od strony Białobrzegów, ale ci nie szli dalej traktem, lecz ścieżką skracali sobie drogę do wsi i byli już w połowie odległości miedzy lasem a pierwszymi zabudowaniami. Ujrzawszy ich, Leja krzyknął: „Stój". W odpowiedzi jeden z nich odwrócił się i strzelił w naszym kierunku, a następnie obaj uciekli do lasu. Prezes rozkazał mi iść łąkami do drogi Korniaktów - Białobrzegi, zatrzymać się przy starej gajówce i mieć baczenie na drogę, sam zaś, jak powiedział, zaczeka na pozostałych kolegów i wspólnie pójdą ich śladem. Po dojściu w wyznaczone miejsce zauważyłem, że w odległości około 60 metrów moi „znajomi" przechodzą drogę w kierunku Korniaktowa. Aby o tym fakcie dać znać kolegom, oddałem dwa strzały w powietrze. Chwilę po nich na drodze ukazali się koledzy, niosąc dwie peleryny z pieczątkami MO i czapkę zgubioną przez uciekających. Gdy stanęliśmy na chwilę na górze nad stawem „bagnistym", mogło być około wpół do dwunastej. Ja wraz z Łanią, Sierżegą i dziadziem kategorycznie sprzeciwialiśmy się kontynuowaniu pościgu za bandytami. Jedynie prezes obstawał przy swoim mniemaniu, że mamy do czynienia z kłusownikami i należy ich raz na zawsze unieszkodliwić. Jego ostre słowa: „Jeśli nie pójdziecie, to ja sam pójdę i ich złapię" brzmią mi w uszach do dzisiaj. Również Józkowi Łani powiedział: „To ty stary, zahartowany w boju i ranny partyzant dwóch mękali się boisz ?" Te słowa musiały Józia bardzo zaboleć. Nic nie odpowiedziawszy, udał się za Leją, który odszedł już kilka kroków śladem uciekinierów. Za nimi podążył Antek Sierżęga. Natomiast my z Dziadziem przeszliśmy stawy do linii „granicznej", aby ewentualnie zastąpić im drogę. Po przejściu około 300 metrów usłyszeliśmy głośny krzyk: „Nie strzelaj" i po nim strzał, a następnie dwa i jeszcze kolejne dwa. Po nich nastąpiła cisza. Początkowo nie wiedzieliśmy, co się stało. Zaskoczeni strzałami zatrzymaliśmy się na moment, a następnie postanowiliśmy podejść w kierunku miejsca zdarzenia. Po przejściu 200 metrów zauważył nas Sierżęga i przywołał do siebie. Od niego dowiedzieliśmy się, że bandyci strzelali do Lei, zabrali mu broń i uciekli w młodniki. Zobaczyliśmy też leżącego kilkadziesiąt metrów dalej Prezesa... Aby nie robić wielu śladów, jedynie Antoni podszedł do niego, a po przyłożeniu ręki do pulsu stwierdził, że nie żyje. Zapadła decyzja o jak najszybszym powiadomieniu milicji. W drodze powrotnej Józio Łania opowiedział nam, jak doszło do tragedii…

 

Relacja świadka naocznego kol. Józefa Łani

 

Idąc za śladem kłusowników, przeszliśmy z Leją linię między stawem "bagnistym" i ostatnim stawem, a następnie linię prowadzącą do „koziołkowego mostka". Weszliśmy w wysoki las ze słabym podszytem. Prezes ich dopędzał. Był już nie więcej niż 10 metrów, gdy jeden z bandytów, skryty za sosną w pozycji leżącej, oddał do niego pierwszy strzał, poprzedzony krzykiem Jasia: " Nie strzelaj". Jasio też skierował swoją broń w ich kierunku, lecz nie zdążył już wystrzelić (jak się później okazało, zbrodnicza kula przeszyła najpierw lewy rękaw jego kurtki, a następnie ugodziła w szyję). Ja znajdowałem się wówczas w odległości 20 metrów od przestępców. Widząc, że drugi z nich stoi za tą samą sosną i mierzy do mnie z pistoletu, uczyniłem to samo i wygarnąłem do niego z obu luf. Nie wiem, jaki był efekt moich strzałów, on zaś dwukrotnie przestrzelił mi płaszcz na wysokości pasa.

Po powrocie do domu obaj z Łanią natychmiast pojechaliśmy rowerami na posterunek milicji do Żołyni. Pomimo że była to niedziela, na miejscu zastaliśmy komendanta z posterunkowym. Na wieść o tragicznym wydarzeniu komendant natychmiast połączył się telefonicznie z Komendą Powiatową MO w Łańcucie. Po krótkiej rozmowie polecił posterunkowemu zamknąć nas w osobnych celkach. Na nasze pytanie o przyczynę zatrzymania padła odpowiedź, że wkrótce się dowiemy. To oczekiwanie trwało do czasu przyjazdu ekipy dochodzeniowej, składającej się z funkcjonariuszy milicji i oficerów SB, którzy przyjechali dwoma wojskowymi samochodami. Zabrali ze sobą również psa tropiącego. Wypuszczono nas obu z klatek i oświadczono, że sami postrzeliliśmy się na polowaniu, a teraz robimy szopkę z jakimiś bandytami w roli egzekutorów. Nasze tłumaczenia na nic się zdały. Kazano nam wsiadać na samochody pod plandekę, po drodze zabrano Antka Sierżęgę, Dziadzia oraz Stefana Ciska i pojechaliśmy do lasu.

Na miejscu, po wstępnych oględzinach i wyjaśnieniach dotyczących całego zdarzenia, postanowiono puścić psa, który nie podjął tropu. Dziwna to była decyzja, skoro ślad był tak widoczny, że należało pójść za nim, a nie korzystać z „pomocy" psa. Ponadto znaleziono łuski po wystrzelonych z broni przestępców pociskach nie tylko na miejscu tragedii, ale też w miejscu, w którym strzelano do mnie parę godzin wcześniej. Również peleryny z nadrukiem MO i czapka świadczyły o tym, że ma się do czynienia z obcymi ludźmi. Pomimo tych widocznych dowodów prowadzący dochodzenie nie dawali wiary naszym zeznaniom. Po zapadnięciu zmroku kazano nam się pakować na samochody i zawieziono na komendę do Łańcuta. Postąpiono z nami tak, jak gdybyśmy to my byli przestępcami. Łanię i Sierżęgę zamknięto w osobnych celach, pozbawiając ich sznurowadeł i pasów, nas z Dziadziem ulokowano na dyżurce w taki sposób, żeby nie można się było porozumiewać. Dochodziła godzina 23.00, gdy rozpoczęło się "pranie mózgów", które trwało do godzin rannych. „Bawiło się" nami trzech oficerów milicji i SB. Taka sama „zabawa" kontynuowana była następnego dnia, aż do późnych godzin nocnych.

Dopiero na trzeci dzień, na spotkaniu z prokuratorem dowiedzieliśmy się, że nie dawano początkowo wiary w nasze zeznania i oczekiwano, że któryś z nas „pęknie". Jednak tak się nie stało, w związku z czym zakończono dochodzenie. Dodatkowym, bodaj najważniejszym dowodem był pocisk, który został znaleziony dwa dni po zdarzeniu w kręgosłupie denata przez lekarza sprowadzonego aż z Krosna. Po tych wyjaśnieniach zostaliśmy wypuszczeni z komendy i na piechotę w kilkunastostopniowym mrozie wróciliśmy do swoich domów. Tak zakończył się mój spacer po lesie, mający trwać jedynie ponad godzinę... Ten tragiczny dzień utkwił mi w pamięci na całe życie.

 

EPILOG:

Od śmierci prezesa minęło 3,5 roku. W tym czasie odbyłem zasadniczą służbę wojskową i wróciłem do kolegów w Kole. Pewnego dnia otrzymałem wezwanie do stawienia się w Komendzie Wojewódzkiej MO w celu rozpoznania domniemanych bandytów. Do Rzeszowa pojechaliśmy we trzech z Józiem Łanią i Wojnarem z Kopania, u którego bandyci byli tamtego dnia rano w sklepie, dopytując się o możliwość zakupu drzewa na więźbę dachową, a przy okazji kupili po butelce wina. Oczywiście, pod wskazany adres w sprawie drzewa w ogóle nie zaszli. Nie opisałem wcześniej ich wyglądu, aby zamknąć sprawę epilogiem. Otóż ten, który strzelał do mnie i najprawdopodobniej do Prezesa z wojskowego obrzyna, był okrągły na twarzy i z braku jakichś szczególnych cech swym wyglądem nie rzucał się w oczy. Natomiast drugi agresywny (on mnie zaatakował i polecił do mnie strzelać) był szczuplejszy, pociągły na twarzy i miał wąsik a´la Adolf Hitler. To jego zdjęcie wskazaliśmy wszyscy trzej. Na zakończenie rozpoznania otrzymaliśmy od prowadzących je oficerów zapewnienie, że do dwóch tygodni ujrzymy go żywego. Cóż, minęło ponad 47 lat, lecz do tej pory, już jako jedyny żyjący świadek tamtej tragedii, nie doczekałem się możliwości spojrzenia w oczy mordercy mojego nauczyciela i przyjaciela…

 

 

Kłusownik - współczesny barbarzyńca!

 

Kilka dni temu, drogą elektroniczną, otrzymałem bardzo lakoniczną w swojej treści wiadomość:

 

„Witam. W załączniku przesyłam zdjęcia, które mam nadzieję pobudzą do działania... Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. Zostały zrobione w lesie między kościołem w Budach Łańcuckich a "Rzechem". Są to makabryczne dla mnie widoki, z jakimi się spotykam od wielu lat...”.

 

Po otwarciu załącznika moim oczom ukazał się przerażający obraz rozczłonkowanych zwierząt i narzędzi, które zadały im śmierć. Bez najmniejszej wątpliwości był te efekt działalności kłusownika.

Proceder kłusownictwa spędza sen z powiek wielu myśliwym, także i członkom naszego koła. Jest zjawiskiem trudnym do udowodnienie, bo przecież każdemu wolno wejść do lasu, i po nim spacerować, nawet z kłębkiem stalowej linki w kieszeni. To nie jest jeszcze przestępstwo. Przestępstwem się staję dopiero w momencie gdy kłusownik wchodzi w posiadanie zwierzyny, a uchwycenie tej chwili jest bardzo trudne, lub wręcz nie możliwe. Pochwycenie kłusownika na „gorącym uczynku” nie jest gwarantem, że sprawa zakończy się dla niego przykrymi konsekwencjami np. karą więzienie, choćby w zawieszeniu. Zwykle przybiera formę dość symbolicznej grzywnie lub umorzeniu postępowania ze względu na znikomą społeczną szkodliwość czynu. Można odnieść wrażenie, że tak naprawdę nikomu – oprócz myśliwych i leśników – nie zależy na ochronie fauny polskich lasów. A samo zjawisko kłusownictwa bagatelizowane jest przez Państwo i Wymiar Sprawiedliwości, które zajmuje się ważniejszymi sprawami, niż jakieś tam ginące w koszmarnych cierpieniach, zadzierzgnięte na drutach sarny, jelenie czy dziki. A przecież tak nie powinno być. Każdy akt barbarzyństwa i zwyrodnialstwa, jaki ma miejsce w momencie gdy kłusownik skazuje zwierze na wielogodzinne konanie w sidłach, powinien się spotkać z potępieniem społecznym i zmorzonym działaniem organów ścigania, które z całą surowością powinny wymierzać sprawiedliwe kary.

I jeszcze jedno. Aby działania leśników i myśliwych przyniosły pożądany efekt muszę być poparte konkretnymi działaniami ze strony społeczeństwa np. nie kupowaniem dziczyzny lub coraz częściej trofeów (patrz allegro) niewiadomego pochodzenia. Tylko zakrojone na tak szeroką skalę działania będą w stanie ukrócić ten bestialski i haniebny proceder, który ma miejsce w pięknych, polskich lasach.

 

 

administrator

 

/24.03.2014/

 

 

 

Co to jest łowiectwo? I czym zajmuje się myśliwy?

 

Przeglądając ostatni numer „Łowca Polskiego” (1/2014), zaintrygował mnie artykuł „Nasze szable” Redaktora Naczelnego kol. Pawła Gduli, który porusza w nim, problematykę bardzo bolesną dla myśliwych, jaką jest brak zrozumienia w szerokich kręgach społeczeństwa, czym jest łowiectwo, i to czym tak naprawdę zajmują się myśliwi.

Myślę, że każdy myśliwy - i słusznie – ubolewa nad bardzo stereotypowym ujmowaniem łowiectwa, jako prymitywnego realizowania żądzy zabijania, zaopatrzonych w broń sadystów.

Nie tak dawno, jeden z Kolegów, przeglądając stronę internetową naszego Koła, wysłał list w którym zwrócił się z propozycją utworzenia zakładki zatytułowanej: „Jak wytłumaczyć?”.

Na poparcie swojej propozycji pisze: „Chodzi o wyjaśnienie ludziom dlaczego polujemy. Że nie jesteśmy zboczeńcami żądnymi krwi, czerpiącymi satysfakcję z zadawania cierpienia innym istotom żywym. Dlaczego zbieramy trofea łowieckie i je eksponujemy itp.”. W dalszej części swoich przemyśleń, na poparcie tej, jakże słusznej tezy, Kolega przytacza opis pewnego zdarzenia: „O potrzebie wiedzy, jak wytłumaczyć innym swoja pasję, przekonało mnie opowiadanie myśliwego z innego koła, o zdarzeniu jakie miało miejsce kilka lat temu. W jego parafii zmienił sie proboszcz. W trakcie wizyty kolędowej, podjął go w salonie myśliwskim, najbardziej okazałym pomieszczeniu w domu. W salonie tym (poluje ponad 30 lat), posiada pokaźną kolekcje wieńców jelenich, parostków kozłów i oręży dziczych oraz kilka wyprawionych skór. Wiszący na ścianie krzyż (poświęcony) wykonany jest z zrzutów kozła. Ksiądz proboszcz na widok jego kolekcji stwierdził, że niegodne jest przyjmowanie kapłana pośród czaszek i rogów. Nie życzy sobie, aby w przyszłości był wprowadzany do tego pomieszczenia. Goryczy do tego dolało jeszcze to, że w kuchni odezwał sie pies, ranny, pozszywany, po spotkaniu z dzikiem, a który na co dzień bytuje w kojcu. Znów był tekst, że: kapłana nie przyjmuje się pośród psów. Nie pomogły żadne tłumaczenia. Myśliwy ten, człowiek ugodowy, od tamtej pory, swojego proboszcza, po kolędzie, przyjmuje w pokoju zajmowanym przez dzieci. Zastanawia się jednak, jak wytłumaczyć temu kapłanowi, że nie uchybia jego godności wprowadzenie do salonu, gdzie eksponowana jest kolekcja trofeów. Ale czy zrozumie? No właśnie: czy zrozumie? Szczerze mówiąc, nie sądzę.

Dużą zasługę w tworzeniu takiego obrazu myśliwego, zawdzięczamy mediom. To w mediach, z ogromną zaciekłością, pokazuje się pojedyncze przypadki nieetycznych zachowań pojedynczych myśliwych, uogólniając, że to standard wśród Braci Łowieckiej. A przecież tak nie jest. Wystarczy obejrzeć takie programy jak choćby: „Ostoja”, „Darz bór” czy „Tajemnice kniei”, by przekonać się o tym, jak wygląda łowiectwo od tzw. „kuchni”, że jest to trudna i mozolna praca, polegająca w pierwszej kolejności na ochronie przyrody przed nadmiernym rozrostem populacji drapieżników naturalnych jakimi są lisy, jenoty, norki amerykańskie, i coraz częściej szopy pracze, a nabierającym monstrualnych rozmiarów kłusownictwem. A tak na marginesie, gdy idzie o kłusownictwo, to zastanawiająca jest ogromna pobłażliwość wymiaru sprawiedliwości (nikła szkodliwość społeczna czynu) i prawie żadne zainteresowanie tym procederem środowiska ekologów (przecież te zwierzęta, bardzo często przez wiele dni, giną w starszych męczarniach złapane w „żelazo”, czy na wnyka).

Są ludzie, do których nie dociera żadna argumentacja. Po prostu oni wiedzą swoje, i już! Jeden z moich znajomych zwykł mawiać: „nie ma sensu kopać się z koniem”. Z pewnością, ma rację, lecz to nie oznacza, że mamy się jako myśliwi poddać. Wręcz przeciwnie, kierując się powiedzeniem: „słowa pouczają, a przykłady pociągają”, musimy pokazywać, że łowiectwo to pasja, która służy przyrodzie, a myśliwy to jej przyjaciel, a nie – jak to chcą niektórzy pokazać – wróg.

Musimy jako myśliwi, mówić o swoim ogromnie pracy na rzecz przywrócenia polskim lasom i polom, wyglądu sprzed lat, gdzie widok pomykających zajęcy, odgłos kuropatwy czy bażanta, nie było czymś nadzwyczajnym. Musimy pokazywać, że bez rozsądne gospodarki łowieckiej i rolnej, cały ekosystem może ulec nieodwracalnym zmianom. Nie jest niczym dobrym dla przyrody, a szczególnie dla fauny, tworzenie kilkuset czy nawet kilkutysięcznych upraw monokulturowych, takich jak choćby ogromne łany kukurydzy, czy rzepaku. Na takich gruntach nie ma racji bytu żadna zwierzyna drobna, bo czym ma się żywić? Niszczenie – w ramach zwiększania areału upraw - niewielkich zakrzaczeń i bagienek, to eliminowanie drobnego ptactwa, gazów, płazów i owadów. Dlatego myśliwi widząc te problemy, zaczynają im przeciwdziałać, tworząc choćby takie programy edukacyjne jak „Ożywić pola”.

I jeszcze jedno. Jeżeli wyeliminuje się gospodarkę łowiecką i dzierżawiące jej Koła Łowieckie, to na kogo spadnie obowiązek wypłacania szkód łowieckich? Oczywiście na Skarb Państwa, czyli na całe społeczeństwo. Oczywiście może ktoś zarzucić, że jest to bardzo kiepski argument, w dyskusji o łowiectwie, ale szkody łowieckie już w tej chwili sięgają w skali całego Kraju dziesiątków milionów złotych, a przecież wypłacają je myśliwi ze swoich składek i pozyskiwanych środków ze sprzedaży tusz zwierzęcych.

By zmienić podejście społeczeństwa do myśliwych, potrzeba wiele cierpliwości, wyrozumiałości i edukacji łowieckiej, którą trzeba zaczynać od pracy z najmłodszymi, dziećmi i młodzieżą. Trzeba organizować dla nich spotkania i programy edukacyjne, w których będą spotykać prawdziwych pasjonatów przyrody w myśliwskich mundurach. Oczywiście taka działalność wymaga czasu, a często i nakładów finansowych. Lecz w przyszłości na pewno zaowocuje zmianą mentalności i postaw wobec gospodarki łowieckiej i samych myśliwych.

 

 

 

Administrator

/07.02.2014/

 

Koło Łowieckie „Kuropatwa” w Żołyni z siedzibą

w Rakszawie nr 486

37-111 Rakszawa.

Tel. +48 501312799

NIP: 815-14-06-796. Regon: 690460980

Numer konta bankowego: 41 9175 0000 2001 0001 5453 0001

 

 

 

Administrator strony:

ks. Robert Drążek

 

Kontakt:

telefon: 531909707

email: max091@op.pl

CURRENT MOON